niedziela, 8 stycznia 2017

Kokosanki pani Moniki




Pewien czas temu zdałam sobie sprawę, że zamieszczając przepisy na blogu poprzedzane rodzajem "wstępniaka", jak określa tę pisaninę mój Mąż, zastawiłam pułapkę na siebie. Okazało się, że do przedstawienia, nawet do udokumentowania zdjęciami jakiejkolwiek potrawy, potrzebuję nie tylko  czasu, ale  i "natchnienia". Nie roszczę sobie broń Boże prawa do miana twórcy! Tak czy owak "Słowo wstępne", które sobie na początku wymyśliłam jest teraz utrudnieniem. Pomimo braku czasu, huśtawek nastroju i okresowego chorowania łatwiej byłoby po prostu zapisać przepis i tyle. Tym bardziej, że ciągle nie wiem, czy w ogóle ktokolwiek czyta moje wypociny. Czyta?
Może z nich zrezygnuję. A dzisiaj coś jak moje życie. Okrągłe pyszniutkie ciasteczka kokosowe. Jak moje życie dlatego, że choć na to wcale nie wyglądają dają wiele satysfakcji ;)
To najlepsze kokosanki, jakie znam z takich robionych w domu. Przepis mamy dzięki pani Monice, która była przez parę lat opiekunką naszych synów. Są świetne. Proste, szybkie, takie do wykonania przez każdego. Dzięki temu, że pierwszym razem jedliśmy je poczęstowani przez nianię wiem, że są wspaniałe także kolejnego dnia. U nas  dotąd nie przetrwały do dnia następnego.
Potrzebujecie 10 minut na mieszanie, 10 na kręcenie kuleczek i 20 na pieczenie.
Przygotujcie:

-1 kleik ryżowy (ok.190g)
- 1 margaryna lub masło
- od 0,5 do 1 szklanki cukru
- wiórki  kokosowe od 100g do 180g
- 3 jajka (białka i żółtka)


W odpowiednio dużym naczyniu umieszczam wszystkie składniki poza białkami, oddzielone będą ubite na sztywną pianę.


Wszystko łączę, ręką lub robotem. Ilość kokosowych wiórek wpłynie na intensywność kokosowego smaku. Jeśli użyjecie ich prawie tyle, co kleiku warto wybierać duże jajka. Ewentualnie, gdyby po dodaniu białek słabo kleiły się kulki, można delikatnie podlać śmietanką.


Do kokosowej kruszonki na koniec dorzucam pianę z białek. Mieszam. Dłońmi formuję kuleczki. Mogą być i inne kształty, ale spójne, wielkością zbliżone do orzecha włoskiego. Rozpoczynając klejenie ciastek włączam piekarnik i rozgrzewam do 180 stopni.


Układam na papierze dość blisko, ale jednak one lekko się rozsuną w pieczeniu, zatem nie powinny się dotykać. Z porcji wykonanej z 190g kleiku i 180g wiórek wychodzi duża blacha, taka fabryczna z piekarnika. Będzie około 50 kokosanek.


Piekę 15 do 20 minut na środkowej półce w pozycji góra-dół. Muszą być złociste.



Mimo braku jakiegokolwiek środka spulchniającego są jakby napowietrzone dzięki kleikowi i wiórkom. Wspaniała krucha skorupka rozpada się delikatnie pod zębami, a wnętrze czeka lekko wilgotne i słodkie. Słodycz należy regulować swoimi gustami, wolicie słodkie, dajcie całą szklankę, jednak połowa tej ilości też wystarczy, by było naprawdę smacznie.
Kokosanki gotowe, pora na popołudniową porcję kawy.


Zapraszam i życzę smacznego!


Jeśli dotrwałeś aż do tego miejsca, wiedz, że bardzo przyjemnie będzie mi zobaczyć ślad Twojej obecności u mnie.
Zapraszam do komentowania i wypróbowywania przepisów!

#kokosanki #bezgluten #bezglutenowe #ciasteczka #ciastka #kokos #itbmtt

niedziela, 18 grudnia 2016

Pieczarkowy krem, taki w sam raz ;)



Jestem, ciągle jestem. Słabo z zaglądaniem tu na stronę, którą chciałabym prowadzić zdecydowanie regularniej i częściej. Bardzo doskwiera mi, że stało się w moim życiu aktualne narzekanie na brak czasu i zmęczenie. Do głowy ciągle przebijają się słowa "jestem taka, jestem taka zmęczona, bolą mnie ręce, boli mnie cała głowa". A tu ciągle okazuje się, że kiedy wszystko wydaje się skończone, nagle szczerzy zęby jakaś niecierpiąca zwłoki sprawa. Nie lubię tak. Mój Mąż w związku z tym śmieje się, że cały wolne dni spędzam w kuchni. Co jednak robić, właśnie kuchenna produkcja (Mąż twierdzi, że nadprodukcja) daje mi relaks i choćby krótkotrwałe rozluźnienie. Toteż piekę sobie, gotuję, myślę albo wręcz przeciwnie staram się wyłączyć wszystkie nitki myśli, by odciąć je od całotygodniowej gonitwy problemów. Skupienie na kombinowanym pomyśle kulinarnym, nawet proste odtworzenie czegoś nowego, co zaciekawiło mnie w różnych źródłach lub sięganie do starych rodzinnych przepisów pozwala mi poczuć spokój. Szczerze mówiąc pomaga to także wtedy, kiedy ponoszę klęskę. Przecież nie zawsze wszystko się udaje, czasem próbować muszę kilka razy. Czasem muszę zrezygnować. Pomysł był do bani. I wiecie, co jest w tym najlepsze? Zawsze można zacząć od nowa. Dzięki podobnym działaniom powstała kremowa zupa pieczarkowa, jaką chcę się dzisiaj z Wami podzielić. 
Pieczarkowa może być alternatywą zup grzybowej nawet na stole wigilijnym. My do naszej lubimy ciasteczka z francuskiego ciasta posypane kminkiem, gruba solą lub makiem.
Zaleta podstawowa: zupa jest szybka!

Potrzeba:
- ok. 20szt. średnich pieczarek
- 1 cebula
- 1 marchewka
- 1 łyżka masła klarowanego
- 1l wody
- 0,5l mleka
- 1 szklanka śmietanki 30 lub 36%
- 3 łyżki maki ryżowej
- sól, pieprz
- pęczek ŚWIEŻEJ natki pietruszki


Pieczarki obieram i kroję, podobnie cebulę i marchewkę. Rozgrzewam masło i szklę na nim wszystko. Solę, pieprzę. Zalewam ZIMNĄ wodą i mlekiem i gotuję do miękkości. Następnie miksuję gładko warzywa i pieczarki.


Mąkę rozprowadzam w zimnej śmietance, hartuję częścią gorącej zupki i wlewam do całości energicznie mieszając do zagotowania. Dorzucam posiekana natkę i podaję z jeszcze ciepłymi ciasteczkami z francuskiego ciasta. Idealnie pasują wypieczone w kształcie malutkich grzybków :)


Zupka jest niezwykle aksamitna, intensywna i wspaniale rozgrzewająca. Kusi mnie, by następnym razem spróbować zapiec ją pod czapeczką z francuskiego ciasta. Czy to będzie udany pomysł? Zobaczymy!


Biorąc pod uwagę prostotę wykonania tej zupki, myślę, że każdy bez strachu może ją wypróbować.


SMACZNEGO!!!


#kremzpieczarek #zupakrempieczrkowa #krempieczarkowy #itbmtt


środa, 26 października 2016

Jestem luźny, jestem luźny tak... - Kurczak nadziewany, czyli risotto nel pollo


Nie znoszę, kiedy w różnych sytuacjach, błahych czy ważnych mój Mąż radzi mi "Wyluzuj bejbe". No nóż mi się otwiera w kieszeni, nawet wówczas, gdy nic tam nie ma. ;) Jakoś tak mam, że to zdanie podnosi mi poziom "wnerwa" i skutki ma dokładnie odwrotne. On świetnie się orientuje, jaka będzie moja reakcja, a zatrzymać tych dwóch słów za zębami nie umie. Dlatego cieszę się, że po lekturze książki "Każdy szczyt ma swój czubaszek" , mam doskonałą ripostę dzięki Marii Czubaszek, a brzmi ona: Ja jestem spokojna, tylko staram się tego nie okazywać.
Za to wyluzować mogę, ale nie "się", lecz chętnie każdy drób. Luzowanie, to  inaczej po prostu odkoszczenie, czyli wyjęcie z kurczaka lub innego ptaszyska kości. Wyjmuję wszystkie poza udowymi i skrzydłami. Potrzeba do tego ostrego noża i na początek sporo cierpliwości, ale z czasem, przy nabraniu wprawy, nie zabiera to dużo czasu. Do tego  usunięcie kości zmienia zupełnie ilość porcji z jednego kurczaka, dlatego mój dzisiejszy autorski przepis jest świetny na taki okres, jak przed nami. Początek listopada to czas rodzin, wspomnień o nieobecnych bliskich i podróży, oczywiste, że warto znaleźć potrawy, które można przygotować z wyprzedzeniem i podzielić na większa liczbę biesiadników. Tak jest w przypadku pieczonego drobiu, wcześniej odkoszczonego i nadzianego dowolnym farszem. Może być mięsny, z kaszy, ziemniaków lub, jak u mnie dzisiaj, z ryżem  i dodatkami czyniącymi z niego egzemplarz nieco włoski.

Dzisiejszy wymaga przygotowania:
- 1 sporego kurczaka 1,5 do 2kg
- 1,5 szklanki ryżu
- 1 duże jajko
- 50g startego parmezanu
- 100g pikantnego sera żółtego (tu: cheddar)
- duuuża garść liści bazylii
- sól, pieprz
- łyżka suszonej bazylii
- łyżka oliwy


Zaletą tak przygotowanego kurczaka jest możliwość zrobienia  dania nawet 2 dni przed podaniem. Zacząć trzeba od delikatnego nacinania tuż przy kostkach, ostry i nieduży nóż prowadzić należy ostrożnie kierując ostrze zawsze w kierunku kości, żeby nie nadciąć mięsa lub skóry. Najpierw nacinam od jednej strony, potem odwracam i postępuję tak samo, bardzo ważne, by usunąć bardzo drobne, ale niebezpieczne, bo ostre kości "obojczykowe". To te drobne kostki w prawym, górnym rogu zdjęcia. Oczywiście usunięte kości korpusu można wykorzystać do przygotowania zupy. Kuper odcinam i wyrzucam.


Wyluzowanego kurczaka nacieram na zewnątrz i wewnątrz solą, pieprzem i suchą bazylią. Na tym etapie może sobie trochę w lodowce poleżakować wyluzowany, a dla mnie jest czas na przygotowanie farszu.


Ryż gotuję, ale tak by był nadal lekko twardawy. Kiedy przystygnie  dodaję starty parmezan, pokrojony w kostkę ser, lekko poszarpaną bazylię i żółtko. Lekko podsypuję pieprzem, raczej nie solę ze względu na słony parmezan. Ubijam na sztywno białko ze szczyptą soli i także łączę z całością.


Kurczaka przed napełnieniem nadzieniem zszywam bawełnianą nitką, otwór po szyjce oraz dół tuszki, ale pozostawiając niewielką szczelinę, przez nią umieszczam wewnątrz cały farsz.


Zszywam do końca i rozprowadzam nadzienie by wypełniało całość, powinno być wciąż dosyć luźno, podczas pieczenia farsz powiększa swoją objętość i zaokrągli ładnie ptaszka, nadmiar nadzienia powoduje pękanie.


Nacieram jeszcze gotowego do pieczenia kurczaka i przykrywam. Wkładam do zimnego piekarnika, ustawiam temperaturę na 190 stopni i czas na 90 minut. Po godzinie można lekko podlać wierzch płynem powstającym podczas pieczenia.


Dla pewności, że jest gotowy można sprawdzić nakłuwając dosyć głęboko ostrym cienkim patyczkiem. Jeżeli wypływający płyn nie jest podbarwiony na różowo, a skórka ma pożądany złoty kolor, kurczak jest gotowy. 


Można oczywiście jeść od razu, najlepiej podając do niego sałatkę z pomidorów.


Natomiast przygotowanie nadziewanego kurczaka dzień wcześniej,  pozwala na podzielenie go na  skromniejsze   plasterki, upieczony tak kurczak z mięsnym farszem może nawet być na zimno dzielony jak wędlina.


Pokrojony zimny przed podaniem wędruje przykryty na krótkie podgrzewanie do piekarnika. Można dzięki temu grzać tylko wybraną liczbę porcji albo całość.


Smacznego!!!

#kurczaknadziewany #kurczakfaszerowany #nadzienieryzowe #niedzielnyobiad #itbmtt

środa, 12 października 2016

Tarta Papay style - szpinakowa tarta ma tę moc



Czasem trzeba sobie odpuścić. Uspokoić, nie brać na głowę zbyt wiele. Teraz, kiedy dni są coraz krótsze, dzień rozpoczynamy z nocnym widokiem za oknem, łatwo o depresyjne nastroje tu i tam. Chłopaki wstają jacyś tacy inni, marudzą, że noc, że pomyłka, że do łóżka... Dlatego uznałam, że można jednak czasem się pooszczędzać, choćby ułatwiając sobie kuchenne życie. Moja niknąca częstotliwość zamieszczania nowych postów jest wskazówką, jak mocno zagarnęła mnie w swoje mroczne objęcia praca. I z przykrością widzę ją właśnie w nieco przyciemnionej barwie. Dlatego, reasumując,  mam dziś proste danie w kolorowym wydaniu, by uciekać od szarości życia i wykorzystuję gotowe ciasto francuskie prosto ze sklepu, czasu zabrakło na przygotowanie domowej podstawy tarty. Ostatnio nieomal nadużywam szpinaku. Najczęściej baby w jego cudownej naturalnej postaci, ale dzisiaj  wykorzystuję prawie gotowca. Nie jest to jednak istotne. Istotą sprawy jest uzyskanie pożywnego, zdrowego i pełnego zielonej nadziei talerza o magicznej mocy, jak w tej starej kreskówce, gdzie marynarz Papay, wzmocniony puszką szpinaku, mógł góry przenosić bez wysiłku i przeszkód. Też tak chcę. Dlatego będę ciągle próbować. Może po kolejnej takiej szpinakowej kolacyjce poczuję te moc?
Spróbujcie ze mną.

Przygotujcie dla:
- 1 płat gotowego ciast francuskiego
- 1 op. szpinaku ok. 400g
- 4 jajka
- 100g sera cheddar
- kubek gęstej kwaśnej śmietany
- 1 ząbek czosnku
- 1 łyżka masła lub oliwy
- szczypta gałki muszkatołowej
- sól, pieprz
- pomidorki koktajlowe i liście młodego szpinaku do podania, oliwa


Na maśle przygotowuję szpinak do uzyskania ciepłej masy, którą wzbogacam posiekanym czosnkiem i gałką.


Wysmarowaną dużą 30cm formę do tarty wykładam ciastem, nadmiar należy odkroić i pozostawić do ozdobienia wierzchu tarty. Ser trę grubo, jajka roztrzepuję ze śmietaną, sola i pieprzem.


Mieszam wszystko ze szpinakiem i serem.


Jednolitą masę wykładam na ciasto, którego odcięte fragmenty umieszczam na wierzchu.


Całość wkładam do rozgrzanego do 200 stopni piekarnika, po 10 minutach zmniejszam temperaturę do 180 i piekę jeszcze 15. Sprawdzam patyczkiem, czy cała masa na bazie jajek jest już odpowiednio zapieczona.


Tarta ozdobiona świeżym szpinakiem i pomidorkami po bardzo lekkim przestudzeniu ląduje pokrojona  w apetyczne trójkąty na talerzach . Podaję z prostą sałatka z tych samych składników, po prostu listki szpinaku z pomidorkami lekko doprawione i skropione oliwą.


Lubię tarty na słono, chyba nawet bardziej niż ich wersje deserowe. Szpinakowa to tylko jedna z propozycji. Pyszne są też pieczarkowe, paprykowe, z cukinią. Możliwości wiele.


Danie jest naprawdę szybkie, w zasadzie wszystko robi się już w momencie odpalenia piekarnika, więc po jakiś 40 minutach od punktu 0 można już zasiadać do stołu.


Polecam gorąco! Termometr idzie w dół, gorące kolacje  idealnie wpasowują się  w jesienne menu.


Mangiamo!!!


#tartaszpinakowa #cieplakolacja  #tartanasłono #prostedanie #itbmtt

niedziela, 2 października 2016

Barbabietolaccio :) - buraczki alla carpaccio


Ale się robi jesiennie! Drzewa przebierają się w złote barwy, niektóre wstydzą się tak bardzo swej urody, że aż rozpromieniły  swoje liście rumieńcem, jakby przeczuwały już swą nadchodzącą nagość. Jesień kojarzy mi się nie tylko z obrazami przemienionych drzew, które zresztą kocham, jesień to jeszcze pora zbiorów wielu warzyw. Kryją w sobie tyle samo smaków, co wartości. Przykładem są czerwone buraki, które od jakiegoś czasu przygotowuję nie tylko po ugotowaniu, mają bardziej słodki, głęboki smak, kiedy się je upiecze. Wystarczy je wyszorować, owinąć folią i do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni. Zależnie od wielkości pieką się do miękkości od jednej do półtorej godziny. A później przestudzone łatwo pozwalają obrać się ze skóry i poddać wybranemu przepisowi. Można zetrzeć do zasmażenia, przygotować z chrzanem na ćwikłę, dodać do dowolnej postaci  barszczu albo przygotować sałatkę. Jeden z przykładów sałatki, którą można podać jako przystawkę lub całkiem dobre, lekkie danie jest moja dzisiejsza propozycja. Całkiem pokaźny dodatek orzechów i miodu sprawia, że buraczane carpaccio jest  zasobne w kalorie, a bogactwo minerałów wszystkich jego składników jest nie do pogardzenia. Buraki, miód, orzechy - czyż można spakować w jednym drobnym daniu więcej substancji, które w medycynie naturalnej traktowane są jak leki. Na dodatek jeszcze lniany olej i jego dobroczynne Niezbędne Nienasycone Kwasy Tłuszczowe.
Nie ma się co zastanawiać, szykujcie:
- upieczone buraczki zbliżonej wielkości
- kilka łyżek oleju lnianego
- miód naturalny płynny
- ocet balsamiczny
- orzechy włoskie
- sól, pieprz


Ilości poszczególnych składników sosiku zależy od tego, ile jest naraz przygotowanych buraczków. Na taki duży około 35 centymetrowy półmisek biorę 2 dosyć duże buraki, wówczas na sos potrzeba około 6 łyżek oleju, 2 łyżki miodu, 2 łyżki octu, porządną garść orzechów, sól i pieprz. 


Drobniutko siekam orzechy. Wszystkie pozostałe składniki sosu umieszczam w słoiczku i mocno zakręciwszy, mieszam, energicznie wstrząsając do uzyskania płynu o jednolitej postaci.


Rozsypuję równomiernie orzechy na buraczkach, które wcześniej, bardzo cieniutko pokrojone, układam dachówkowo na półmisku.
Następnie na powierzchni całości rozlewam sos, tak by znalazł się na każdym plasterku buraczków. Jeżeli barbabietolaccio* będzie zajadane później, trzeba je przykryć folią, żeby nadmiernie nie przesychało i  schować w chłodne miejsce.


Warto spróbować!

*włos. barbabietolo = burak

#sałatkazburaczków #carpacciozburaczkow #wegetariańskie #wege #itbmtt


czwartek, 22 września 2016

Śniadaniowe placuszki z borówkami na jesienne poranki


Nagle znika, tak samo szybko jak przychodzi. Lato oczywiście. Znalazłam w tym pewną zaletę. Dla osoby, która, tak jak ja, lubi pieczenie niezwykle ważną. Gdy spada temperatura,  łatwiej grzać się w kuchni i przy  piekarniku. Dobrze grzać się już od rana. Słuchałam kiedyś porad dietetyczki rozprawiającej nad przewagą ciepłych posiłków na śniadanie, szczególnie dzieciom nakazywała je serwować, nawet jeśli miałby to być odgrzewany z poprzedniego dnia obiad. Obiad na śniadanie to może niekoniecznie, ale już śniadanie na obiad? Czemu nie, jeżeli będą to pyszne, delikatne a sycące placuszki. Można je posmażyć bez dodatków albo jak u nas z cudownymi borówkami. Taki "puste" można potem serwować z dowolnymi konfiturami. A jak je zrobić ?

Trzeba przygotować
- 400g maki tortowej
- 50g cukru
- 1 łyżeczkę proszku do pieczenia
- 1 łyżeczkę sody

- 3 jajka
- 50g stopionego masła
- 150g jogurtu
- 100ml mleka

- trochę borówek lub jagód (można bez nich)
- ew. cukier puder do posypywania
- ew. konfitury do podawania


W sporej misce wymieszać przesianą mąkę z wszystkimi sypkimi składnikami, a w drugim naczyniu jogurt, śmietanę, ŻÓŁTKA i przestudzone masło.



Potem połączyć suche z mokrym i ubić na sztywno białka z odrobinką soli. Połączyć ubitą pianę z ciastem, mieszać delikatnie.


Teraz pora na borówki, jeżeli ich używacie, dodać taką niepełną szklankę.


Smażę z obu stron na złoty kolor na patelni ledwie muśniętej masłem klarowanym.


Smażone z owocami podaję ze słodkim sosikiem z cukru i śmietany oraz ze świeżymi borówkami. Są cudowne nie tylko ciepłe, chociaż z tej porcji niewiele zostało do wystudzenia. A powstaje z niej około 24 sztuk niemałych placuszków.




Teraz, kiedy jesień już nie w progu, ale wsadziła już nie tylko stopę za próg, ale całą swą postać, warto wygrzebywać coraz więcej pomysłów na cieplutkie śniadania. Weekend tuż tuż, w tygodniu słabo z czasem, ale sobota czy niedziela nadaje się wyśmienicie do rodzinnego robienia tych pysznych placuszków. Smacznego!


#placuszkisniadaniowe #zborowkami #sniadanie #aniechtylekrosnie #itbmtt