Moje przepisy

niedziela, 29 września 2019

Zupa ryżowa na jesienną rozgrzewkę



Mam dzisiaj trudny dzień. Jakoś tak się zrobiło, że mój kręgosłup na weekend ustalił sobie dni strajku i nie chce ze mną współpracować. Tak się wzajemnie zmagamy, a dla mnie oznacza to, że muszę minimalizować wszelkie czynności wymagające zwiększonej aktywności. Słabo to wygląda, ale trzeba sobie radzić. Na stół w takim przypadku muszą trafić jakieś dania typu "zrobić i się nie narobić".
Właśnie tak można powiedzieć o naszej dzisiejszej zupie. Żeby ją przygotować potrzeba:
- porcję rosołową
-  kawałek pora
- małą cebulę
- dużą marchewkę
- kawałek selera
- kawałek pietruszki
- trzy ziemniaki
- kilka łyżek ryżu
- liść laurowy
- ziele angielskie
- sól, pieprz, ew. przyprawa uniwersalna
- natka pietruszki



Wszystkie oczyszczone warzywa kroię i wraz z porcją zalewam zimną wodą. Dorzucam liść i ziele. Gotuję. Kiedy zawrze zmniejszam temperaturę i gotuję 15 minut. Jeszcze solę teraz.


Po tym czasie do  lekko bulgoczacej zupy dodaję pokrojone w kostkę ziemniaki i sypię ryż równocześnie mieszając całość. Gotuję na niewielkim ogniu do miękkości ryżu.


Na koniec jeszcze pieprz, ewentualnie dosolić  wedle upodobań, na koniec jeszcze sporo natki pietruszki. I voilá! Zupa gotowa.


Mój starszy syn nie lubi rosołu, oczywiście ryżowej do rosołu daleko, ale jako alternatywa dla królowej zup polskich. Powstanie szybciej, a wymaga prawie tych samych składników.


SMACZNEGO!


#zuparyzowa #prostazupa #najlepszagoraca #itbmtt #pomyslnaobiad

niedziela, 25 sierpnia 2019

Brzoskwiniowe easy love



Nasze nieco zapomniane drzewko brzoskwiniowe rośnie sobie z tyłu, przy tarasie. Jakoś tak w jednym z pierwszych dni, które spędzaliśmy na powietrzu, Marek stwierdził, że pora zlikwidować to drzewo. Wygląda kiepsko, owocuje też kiepsko, w minionym roku praktycznie nie było owoców, a te które były nie smakowały dobrze. 
Drzewko okazało się wrażliwe na zarzuty, w bieżącym roku może nie dało wielu owoców, ale za to są przepyszne!
Dlatego już wracając w piątek z pracy planowałam, że na niedzielę przyjemnie będzie usiąść z filiżanką kawy i kawałkiem jakiegoś wypieku z brzoskwiniami i malinami z drugiej strony ogrodu.
Malin po wizycie małych szabrowników prawie nie miałam, zatem dziś w roli głównej słodziutkie brzoskwinie prosto z sadzonego ręką mojego taty drzewa, które na pewno zostanie kolejny rok z nami.
Nie czułam się najlepiej w ten weekend, więc zdecydowałam się na najprostszą opcję, ciasto ucierane.

Potrzebujemy:
* 200g masła
* 200g cukru drobnego
* 4 jajka

* 200g mąki
* 16g proszku do pieczenia
* 100g mąki migdałowej lub mielonych innych orzechów
* 50g migdałów w płatkach lub siekanych
* brzoskwinie - ja użyłam 14 owoców świeżych, mogą być też z puszki
* garść malin (nie są niezbędne)
* garść płatków migdałów
* cukier puder



Wszystkie składniki trzeba wyjąć wcześniej z lodówki, muszą mieć temperaturę pokojową.
Brzoskwinie krótko zagotować w gorącej wodzie, ja użyłam parowara, pozwoliło to sprawnie obrać owoce z mechatej skórki. Pozostawiłam je później na papierze, by je odsączyć.
W misce miksera utarłam masło z cukrem na gładko. Potem jedno po drugim dodawałam ucierając jajka. Następnie łyżka po łyżce mąkę zmieszaną z proszkiem do pieczenia oraz mąkę migdałową zmieszaną z posiekanymi migdałami. . Gotowe średnio gęste ciasto rozprowadziłam w tortownicy. Użyłam 28cm, jej dno wyłożyłam papierem do pieczenia.


 Na ciasto ciasno położyłam owoce, w całości lub połówki, ale oczywiście bez pestek. Między brzoskwinie jeszcze kilka malin i na koniec płatki migdałów.


I już. Chyba mówiłam, że będzie łatwo? Formę włożyłam do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni, po 25 minutach przykrywam wierzch folią aluminiową, po to, by owoce nie przeschły nadmiernie, dopikłam 15. Ciasto wystudziłam w formie, na koniec posypałam cukrem pudrem.





Ciasto można też upiec w mniejszej tortownicy, będzie wówczas wyższe, ale i porcji będzie mniej. Tych przy moich kawalerach potrzeba sporo, pana męża nie wspominając. Jednak forma powinna mieć najmniej 24 centymetry, warto też zawsze zrobić próbę suchego patyczka przed ukończeniem pieczenia.

#ciastozbrzoskwiniami #ucieranezowocami #orostyplacek 


niedziela, 7 października 2018

Sernik na zimno z malinami - i cóż, że jesienią



Dzisiaj jest piękny dzień. Październik przywitał się z nami lekko chłodnawo, jednak chyba nas polubił, w ostatni weekend obdarzył nas zdecydowanym ociepleniem wzajemnych stosunków. On nam słońce i wzrost temperatury, zatem my jemu w zamian dajmy jeszcze 
- może ostatni tego roku - podwieczorek na tarasie z kawą  i przepysznym sernikiem 
bez pieczenia.
Trzeba już w sumie zacząć myśleć o przycięciu krzewów malinowych, ale przynajmniej 
u nas możemy wciąż jeszcze znaleźć  owoce. Ostatnie dosyć słoneczne dni sprawiły nawet, że są one słodziutkie, nieduże już, ale przyjemnie słodkie, przypominają wszystkie 
te owoce, które cieszyły nas latem i obiecują powrót w kolejnym roku.
Nasze maliny to specyficzna odmiana,  by pięknie owocować do pierwszych przymrozków wymagają radykalnego cięcia jesienią. W zasadzie zostaje tylko kilkucentymetrowy kikucik. Wszystko co ważne zimą zostaje w ziemi, niewidoczne dla oczu. Korzenie. Poplątane, jedne osadzone głębiej, inne płycej, wszystkie razem daję wiosną nieśmiałe pędy, 
a z czasem tworzą kłujący gąszcz, jakby przed światem broniły swoich czerwonych klejnotów rodowych, gałązki w dobrym roku aż uginają się od pięknych czerwono-różowych korali ich owoców.
To trochę jak rodzina.
Wczoraj byliśmy na rodzinnym zjeździe. Patrzyłam na drzewo genealogiczne moich pradziadków, oni w centrum, a wokół wachlarz gałązek. Wszystko to na obrazie z projektora i wpatrzony w niego tłum przeszło stu ludzi. Wszyscy zaistnieli właśnie dlatego, że dziesiątki lat temu, daleko stąd dwoje ludzi zdecydowało się razem iść przez życie. Wczoraj patrzyliśmy na nasze wspólne  korzenie i cieszyliśmy się sobą, owocami, a przecież była nas tylko skromna część ze wszystkich rozsianych po świecie potomków Wincentego i Katarzyny. To jest coś wielkiego, daje do myślenia. Pozwala spojrzeć na własne dzieci z jeszcze większą uwagą. 
A gdy macie dzień, który chcecie szczególnie uczcić, proponuję zrobić to z talerzykiem pełnym rozpływającego się w ustach serniczka. Może być z malinami, jak u nas, może być z innymi owocami. W necie jest wiele przepisów na ten smakołyk, jednak większość jest na dużo mniejsze porcje. Dlatego jako szczęśliwa posiadaczka dużej rodziny, licznego rodzeństwa, dzieci, mnóstwa kuzynów, siostrzeńców, bratanków i wielu innych krewnych zostawię tu Wam przepis na wielką porcję.

Zaopatrzcie się w:

- 1 kg sera mielonego, mój ulubiony to Mój ulubiony z Wielunia
- 3 galaretki, u mnie malinowe
- 400g śmietanki 30% lub 36%
- 130g cukru bardzo drobnego
- 220g kakaowych ciastek kruchych (mogą być inne, ja polecam mooocno kakaowe Blacky z Cukrów Nyskich)
- 130g stopionego masła
- 500g i 400g gorącej wody
- maliny lub inne owoce, ilość wg upodobań  


Wszystkie ciastka zmielić czy zblendować, grunt, by stały się sypkie jak piasek. Połączyć 
z płynnym masłem i wymieszać, piasek ma wyglądać jak mokry.


Dużą 28 lub 30cm tortownicę wyłożyć papierem do pieczenia, tylko spód, można zbędne części papieru zacisnąć poza tortownicą. Łatwiej będzie na koniec wytargać go spod ciasta.
Przygotowany spód można odłożyć do lodówki i zająć się galaretkami. 2 rozpuścić w 500g gorącej wody w jednym naczyniu, a trzecią w 400g w innym. Obie wystudzić, ale pilnować by nie zaczęły tężeć zbyt wcześnie. Najlepiej tę mniejszą porcję wykonać kilka minut później i później włożyć też do lodówki.


Cały ser wyjąć z wiaderka i zmiksować z cukrem.


Mocno schłodzoną śmietankę ubić na sztywno.


Kiedy galaretka jest gotowa, tę z 500g wody porcjami dolewać stopniowo do sera i miksować.


Wcześniej warto opłukać owoce i odsączyć na papierze.


Sernik jest bardzo prosty, teraz do masy z serem, cukrem i galaretką delikatnie wmieszać ubitą śmietankę.
Można dorzucić garść lub dwie malin i jeszcze przemieszać.


Całość masy wyłożyć na ciasteczkowy spód i wyrównać powierzchnię. Masa jest dosyć płynna na tym etapie, można ją na chwilę schłodzić w lodówce.


Jako że malin u nas dostatek, znalazły się ułożone na całej powierzchni deseru, można dać ich mniej lub wcale.


Ostatnia rzecz to delikatne rozlanie lekko już ścinającej się ostatniej galaretki na wierzch sernika, w tym przypadku na maliny.


Całość wymaga teraz kilku godzin w lodówce. Plus jesiennego szykowania tego letniego ciasta jest taki, że teraz temperatury są sprzymierzeńcem w utrwalaniu pożądanej konsystencji sernika.


Po kilku godzinach, ewentualnie po nocy w lodówce, delikatnie nożem oddzielam rant tortownicy o ciasta i zsuwam całość na paterę równocześnie wyciągając spod  ciastek papier, najlepiej przedzierając go na dwie części.



Kiedy owoców jest tak dużo galaretka z porcji 400g stanowi rodzaj glazury pokrywającej owoce, daje to ładny, połyskujący efekt.


I to jest, powiem Wam, konkretny kawał sernikowego cuda.


Uwielbiam! 
Jasne, że jeśli chcecie użyć na przykład truskawek, wybieracie galaretki truskawkowe itd. itp. 





Taki pacman uroczy nam tu wyszedł, ale długo nie pograł. Ani się spostrzegliśmy, a już połowa zniknęła.


#serniknazimno #duzysernik #rodzinnaporcja #bezpieczenia #malinowysernik #icozzejesien #zaproscierodzine  #brakowalomitego #itbmtt

niedziela, 12 sierpnia 2018

Mojito ergo sum


Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze byłam małą dziewczynką... No dobra, nie byłam już wówczas małą dziewczynką, gorzej, że jednak to było dawno, dawno temu. Nie byłam małą dziewczynką, bo  małym dziewczynkom nie można zrobić prezentu, jaki zrobił mi mój  najmłodszy brat. Był to podarunek pod choinkę i tak mnie ucieszył, że pół nocy przy świetle choinki czytałam i planowałam. Prezentem tym była bowiem urocza para: shaker 
do robienia koktajli i wspaniała książka Leksykon 1444 napojów mieszanych. 
Dlatego w pierwszy dzień świąt pierwszą czynnością po śniadaniu było gotowanie syropu cukrowego, który okazał się być składnikiem wielu interesujących drinków. Pamiętam, 
że od razu sprawdzałam też jakie alkohole mamy w domu i tu było lekkie rozczarowanie, wyboru specjalnego nie było, jakoś nie byliśmy wszyscy wielkimi miłośnikami picia, rodzice pili mało i rzadko. Ja zresztą też. Coś tam jednak się znalazło i doskonale pamiętam, 
że wieczorem serwowałam  Banana Cow,  drink na bazie rumu, syropu, mleka i oczywiście bananów. Z pewnością do przypomnienia, chociaż ze względu na aktualne upały raczej 
za kilka miesięcy. Za to tego lata mam prywatnego barmana, który na pstryknięcie palcami serwuje orzeźwiające, delikatne mojito i do tego jeszcze dodaje własne najwspanialsze towarzystwo. Kiedy nadchodzi wieczór, słońce łaskawie opuszcza nawet horyzont, taras staje się przystanią spokoju i błogiego relaksu, którego życzę Wam wszystkim. Rozluźnijcie siebie i Wasze myśli i popłyńcie z każdym łyczkiem tego drinka w krainę miłości bez czasu 
i obowiązków.


Tu  kilka wskazówek, jak, bo po co to chyba jasne?


Zaznaczam jednak, że poniższy przepis nie pochodzi ze wspominanej wcześniej książki, lecz jest wynikiem różnych poszukiwań Najwspanialszego z Mężów.


Do przygotowania  syropu cukrowo-miętowego potrzebujecie:
- 1,5 szklanki cukru
- 1,5 szklanki wody
- 1 limonka (sok i skórka)
- 2 spore gałązki świeżej mięty
- 3 łyżeczki mięty suszonej

Wszystko razem zagotować, suszoną miętę gotujemy w specjalnym zaparzaczu, jeśli go nie macie, po zagotowaniu i przestudzeniu, musicie przecedzić całość, żeby syrop nie był zaśmiecony listkami suszu.
Przelany do butelki syrop przechowujemy w lodówce, dotychczas wytrzymał tydzień, nie żeby się zepsuł, skończył się.


Kiedy już w lodówce macie wymagany syrop, możecie zrobić sobie i innym pyszny long drink. Jeszcze tylko wyskoczcie do sklepu po biały rum, limonki i więcej mięty.


Przygotujcie szklanki z grubszym dnem, takie około 250ml.


Do każdej szklanki wrzućcie jedną ćwiartkę limonki. Przygotowanej jak na zdjęciu, trzeba odciąć górę i dół.


Wszystkie składniki zawsze są bardzo zimne, rum z zamrażarki, syrop i limonki z lodówki.


W drinkach jest jeszcze jedna fajna rzecz, oprócz przyjemności raczenia się nimi w miłym towarzystwie: są śliczne i zdjęcia prezentujące barmańskie wyczyny są często równie ładne.


Do limonki dodajcie ze 4 listki mięty i teraz zmiażdżcie porządnie.


Dorzućcie 2 kostki lodu, może być zmiażdżony lub cały.


Dolejcie 40ml białego rumu i 40ml syropu.
Uzupełniamy gazowaną wodą i mieszamy.
Na koniec gałązka mięty i plasterek limonki dla ozdoby.



Nasi małoletni też lubią ten napój, oczywiście oni dostają wersję z wodą mineralną, bez rumu. Wersja z gazowaną dla Wilka i niegazowaną dla Juniora. Obie smaczne.


Mojito z Leksykonu jest mniej słodkie, zawiera mniej syropu, który jest tylko cukrowy, bez dodatku mięty, mięta tylko świeża, ale tak samo procentowe, jeśli chodzi o alkohol. 
Jestem przekonana, że każdy amator słodko-kwaśno-miętowego mojito polubi też naszą domową wersję. Podobno ten kubański  napój ma historię sięgającą   upodobań kapitana korsarzy Drake'a, podobno był też ulubionym trunkiem Ernesta Hemingway'a. Prawda to, czy  nie, niewątpliwie w  tropikalne upały, których doświadczamy od tygodni, miło jest zrelaksować się z zimną szklanką mojito w ręce, szczególnie wieczorem.

Zapraszam!


#mojito #domowemojito #mojitoergosum #orzezwiającedrinki #longdrink #nazdrowie #mojitoergosum #kazdemusienalezy



wtorek, 17 lipca 2018

Sielska drożdżówka z budyniem i owocami




 6 lat temu z okładem przespaliśmy pierwszą noc w naszym domu. Przypomniała mi o tym niedawno mama. Okazało się, że na pierwszy nocleg u nas  posłużyła nam najdłuższa noc w roku. Oczywiście wspominam to z radością. Pamiętam, że jeszcze rano tego dnia wjechała ekipa montująca drzwi. Nie zdawałam sobie sprawy, że instalowanie framug zmniejsza mocno dostęp do pomieszczenia, ale na szczęście mamy parterówkę, przeprowadzkę naszych rzeczy osobistych dało się przeprowadzić ładując kolejne pudła 
i kosze przez okna. Odbierałam je od męża i chłopców i spokojnie rozkładałam od razu 
w docelowych miejscach. Plan był taki, by budząc się rano, mieć dookoła porządek i ład, bez kartonów walających się to tu, to tam. I wiecie co? Tak było. Nasze pierwsze śniadanie 
u siebie zjedliśmy dokładnie w takich warunkach, jakich oczekiwaliśmy po miejscu, które 
od tamtej chwili nazywamy naszym domem. To bezpieczna przystań. Te nasze metry , 
do których chcę wracać i czuję się najlepiej.
Z perspektywy czasu wiem jedno: w dotarciu do własnego dachu nad głową najtrudniejsza 
i najważniejsza jest decyzja, by do tego dążyć. Nam postawienie domu od stanu pustego ogrodu do pierwszej nocy we własnym łóżku zajęło 11 miesięcy. To myślenie nad decyzją 
o budowie trwało lata. Można by uznać, że lata zbędnej zwłoki. Jednak chyba nie, był to raczej czas potrzebny nam do bliskiego, dogłębnego poznania. Kiedy gnieździliśmy się najpierw we dwoje, a później  we czworo na naszych szesnastu metrach kwadratowych, byliśmy szczęśliwi. Innym szczęściem.
Teraz dokładnie w tym miejscu, w którym jesteśmy, w dokładnie takich dekoracjach, jakich chcieliśmy (chciałam ;)) mogę cieszyć się każdym dniem i każdą wyjętą z piekarnika blachą ciasta. 
Na przykład taką letnią porcją drożdżowego z akurat tymi owocami, które wołały z patery - zrób coś z nami, bo już mdlejemy z oczekiwania na zainteresowanie. Potem wypełniamy szklanki chłodnym mlekiem i zjadamy wspaniałą porcję pysznego ciasta, patrząc na polne kwiaty zerwane ręką najlepsze..., oj nie, zabronił mi tak pisać. Zresztą wiecie już i tak, o kim mowa.

Upieczcie sobie zatem i wy  - Sielskie ciasto drożdżowe

Potrzebujecie:
- 110ml mleka
- 1 łyżkę mąki
- 1 łyżkę cukru
- 40g świeżych drożdży
Wszystkie powyższe składniki utrzeć w sporym kubku  i odłożyć na chwilę w ciepłe miejsce.

Teraz utrzeć do połączenia następujące składniki: 
- szklankę ubitej śmietany 30%
- 6 żółtek
- 1 łyżeczkę esencji waniliowej
- 100g cukru
Wykorzystałam do tego dużą misę miksera.

Następnie do masy śmietanowo-żółtkowej stopniowo dodałam 450g mąki tortowej, miksując. Pod koniec wmieszałam 30g miękkiego masła.

Do tej postaci ciasta dodałam zaczyn drożdżowy, zdążył już prawie uciec z kubka, w którym był przygotowany.

Całość wyrobił robot przez kilka minut.

Przykryte ciasto należy na około godzinę odstawić w ciepłe miejsce do podwojenia objętości.
W tym czasie  przygotować owoce oraz budyń do ciasta. W tym konkretnym przypadku wykorzystałam różne:  gruszki, morele, garść borówek. Umyć i osuszyć. Większe owoce obrać i  podzielić na podobnej wielkości cząstki. 

Budyń zrobić tak: 
- 250ml mleka 
- 100g cukru
- 30g masła
najpierw zagotować, 
a następnie połączyć ze zmiksowanymi wcześniej
- 200ml mleka
- 2 żółtko
- 50g mąki pszennej
- 50g mąki ziemniaczanej
Mieszać całość na średnim ogniu tak, by nie przypalić, lecz zagotować bulgoczący delikatnie budyń.
Zdjąć z palnika i przykryć folią do wystudzenia.
Kiedy ciasto wyrosło, 2/3 jego części rozwałkować na blaszkę posmarowaną masłem, wymiary mojej to około 35 na 25 centymetrów.
Na nią równomiernie rozsmarować wystudzony budyń, po czym ułożyć dowolne owoce. Na koniec przykryć cieniutką warstwą pozostałego ciasta. Lekko ponakłuwać w kilku miejscach. Odłożyć do drugiego wyrastania na około 30 minut.
Rozgrzać piekarnik do 170-180 stopni.
Wyrośnięte ciasto posmarować roztrzepanym jajkiem (może być białko) i posypać grubym, krystalicznym cukrem.
Upiec na złoto-brązowy kolor, potrzeba na to około 30 minut.

Oczywiście białka najlepiej wykorzystać do zrobienia bez, a może pavlovej lub mini pavlovej czy dacquoiasa. Zerknijcie na tamte przepisy.








SMACZNEGO !!!


#placekdrozdzowyzowocamiibudyniem #sielskipodwieczorek #itbmtt #drozdzowka