Moje przepisy

poniedziałek, 16 maja 2016

Ruskie wyszły, leniwe zostały - pierogi, pierogi, pierogi.....



Kiedy powiedziałam mężowi, że zamierzam umieścić na blogu naszą domową wersję ruskich, delikatnie mówiąc wyśmiał mnie. W zasadzie zgadzam się z nim, pierogi są potrawą, jaką każda gospodyni przygotowuje najczęściej wiedziona rodzinną tradycją. Proporcje, system lepienia, dosmaczanie, wszystko wywodzi się z podpatrywania zwyczajów własnego domu rodzinnego. Ale przecież, choć nam trudno to sobie wyobrazić,  nie w każdym domu pierogi się lepi. Niekiedy są daniem wyłącznie kupowanym w garmażerkach czy barach. Trochę jest tak, że ilość czynności i przygotowań odstrasza od zabawy w domowe pierogi. Zatem właśnie dla ewentualnej, choćby jednej osoby, dotąd zawsze wybierającej  paczkę gotowych  pierogów, powstanie post o ruskich, które ruskimi nie są. To potrawa typowa dla Polaków, zwłaszcza pochodzących z kresów wschodnich, czyli Rusi,  dawnej części wielkiej Rzeczpospolitej. Wielkiej i bogatej w wiele kultur i nawet klimatów. Potem wraz z przesiedleńcami zawędrowały na zachód i wtórnie zyskując nazwę ruskich, lądują na talerzach Polaków na wielu szerokościach geograficznych. Moja siostrzenica mieszkająca od paru lat w Anglii często narzeka, że najgorsze jest odnalezienie porządnego sera białego odpowiedniego dla tradycyjnego farszu. U nas na szczęście jeszcze nie ma z tym  problemu. Najlepiej użyć twarogu tłustego, ewentualnie pół na pół z półtłustym. Z pierogami jest trochę tak, że wiele osób nie ma ochoty po prostu spróbować. Moja mama powtarza często w odniesieniu do wielu spraw, że jak ktoś nie chce, to dziesięć razy gorzej, jakby nie mógł. Prawda! Moje własnoręcznie przygotowane od początku do końca pierogi powstały pierwszy raz, kiedy wyjeżdżając na kilkudniową wycieczkę na Ukrainę, chciałam zostawić coś gotowego Mężowi. Padło na pierogi. Ciekawe jest, że zostawiając Go z nimi pojechałam właśnie w rodzinne strony moich Rodziców. Jednak to nie we Lwowie, lecz dużo głębiej w tej ziemi pełnej wielkich przestrzeni, przeżyłam najbardziej wzruszający moment. W Iwanofrankowsku (dawniej Stanisławów - od Stanislawa Potockiego) nasza rozmawiająca po polsku grupa została radośnie zaczepiona przez uśmiechniętego starszego pana, lat około 70. Opowiadał nam chwilkę o mieście, pokazał pomnik Mickiewicza, ukrywany pod ziemią najpierw przed niemieckimi nazistami, potem przed komunistami radzieckimi, stoi teraz na jakimś skwerku i cieszy mieszkających tam Polaków. Żegnając się z nami Polak ten jeszcze wyraził radość, że posłuchał naszej pięknej mowy i prosił: "A wy tam teraz tak róbcie w kraju, żeby tu kiedyś znowu była Polska". Delikatne uwagi, że to już raczej niemożliwe, zbył: "My i tak będziemy zawsze w to wierzyć." I odszedł. Urocze było to, że ten urodzony w czasie wojny mężczyzna, który całe życie spędził w kraju już tak od Polski odległym, wyrażał się piękną polszczyzną z charakterystycznym wschodnim zaśpiewem.
Od tamtego spotkania minęło już przeszło 10 lat, a w mojej głowie wciąż słychać to jego marzenie. Wracaliśmy do kraju, który już cieszył się wolnością, kraju, w którym jeszcze parę lat wcześniej krążył żart,  pewnie niezrozumiały dla młodych, niepamiętających koszarów z Armią Radziecką w różnych miejscach. Dowcip mówił o barze mlecznym, w którym zamawiano pierogi, a obsługa głosiła: ruskie wyszli, leniwe zostali. Nie bądźmy leniwi, róbmy pierogi w domu, to zajęcie, w które można zaangażować całą rodzinę. U nas gotowanie należy do męża. Chłopcy  degustują farsz -wieeeele razy ;) - aby był odpowiednio doprawiony, układają pierogi w rządki przed gotowaniem, próbują je  też już lepić.

Na pierogi potrzeba:
- ok. 500g mąki pszennej
- ok. 250ml CIEPŁEJ wody
- łyżka oleju

- ok.1,5kg ziemniaków
- ok. 300g białego sera
- 2 duże cebule
- duża łyżka masła lub margaryny
- sól, pieprz
- ew. zezłocona na tłuszczu dodatkowa drobno posiekana cebula, śmietana

Z ww. ilości powstanie około 50-60pierogów, zależy jak cienko wałkuje się ciasto i jak mocno wypycha farszem poszczególne pierogi. Nasze pierogi są raczej pokaźnej wielkości, ale ciasto cienkie. Na zdjęciach przedstawiona jest podwójna porcja.


Przygotowania do robienia pierogów można zacząć dzień wcześniej. Obrane ziemniaki trzeba ugotować w osolonej wodzie, porządnie odcedzić i odparować, dobrze zmiażdżyć, gdy są gorące lub przepuścić przez praskę. Wystudzić odkryte, ale jeśli mają czekać do dnia kolejnego trzeba ziemniaki wyrównać i przykryć, nie powinny przeschnąć za bardzo.


Cebulkę drobno kroję i podsmażam na tłuszczu do uzyskania szklistego wyglądu, dodaję do ziemniaków, ser dodaję dopiero, kiedy ziemniaki są na pewno wystudzone. Farsz doprawiamy solą i pieprzem. Wielokrotnie mieszam całość wciąż przy użyciu tłuczka do ziemniaków. Trzeba zawsze sięgać do dna naczynia.


Ciasto w naszej wersji jest bez jajek. Według mnie jest wówczas delikatniejsze i bardziej miękkie podczas pracy.


Mąkę sypię na stolnicę, robię wgłębienie i powolutku wlewam ciepłą wodę łącząc stopniowo, aż mąka przyjmie całą wodę. Wody wchodzi czasem mniej, czasem więcej, trzeba to dopasować do chłonięcia mąki. Zagniatam kilka minut, do uzyskania jednolitego ciasta. 

.

Na kilkanaście minut odstawiam pod przykrycie do odpoczynku, potem zagniatam krótko jeszcze i dzieląc na kilka części rozwałkowuję je cienko, tak na maximum 3-4 mm


Kroję szklanką o wąskim brzegu krążki. Farsz nakładam łyżeczką do herbaty, nabieram pokaźną porcję na każdy poszczególny placuszek, sklejam w wąski rancik. Nie wałkuję naraz za dużo ciasta, aby nie schło, ponieważ gorzej się wówczas skleja, ale gdyby tak się działo, można lekko zmoczyć brzeg wewnętrzny  ciepłą wodą.


Pierogi układam do wyrobienia całego ciasta i farszu. Jeśli ciasta jest za dużo można zrobić z niego puchnące na suchej patelni placki, ja często nadmiar ciasta przeznaczm na zamkniecie w nich cząstek jabłka. Gotuje je na końcu, uszlachetniam odrobiną masła i szczypta cukru i stanowią uzupełnienie pierogowej uczty.


Gotowe pierogi mogą pod przykryciem poczekać na gotowanie. W sporym naczyniu gotuję je we wrzątku z dodatkiem łyżki soli, wkładam po 10-12 sztuk, po chwili wypływają i dogotowuję około 2 minut.


Wyjmuję łyżką cedzakową i kładę do gorącej miski z przygotowaną złotą cebulką.


Idealnie wchodzą z zimnym kefirem, chłopaki lubią do nich jeszcze kleksy kwaśnej śmietany.



Można też jeść odgrzewane na patelni, przypieczone na lekko złoty kolor.

Moja mama robiła pierogi najczęściej w piątek, nie miały może tak dużo sera, ale był to ser, który mama sama robiła. Najpierw kilka godzin pracy w szkole, nie najłatwiejszej, w końcu "obyś cudze dzieci uczył" to wschodnie przekleństwo, a potem jeszcze miała w domu nas całą gromadę. Mama robiła około 200 pierogów, nie, nie na kilka dni, nie do zamrażania, nie miała jeszcze wtedy takiego urządzenia. Za to miała 4 synów i 3 córki. Pierogi znikały przed wieczorem. Pycha!!!

#pierogiruskie #jakzrobicpierogi #itbmtt




sobota, 14 maja 2016

Oby tak nie było - "Krąg" Dave'a Eggers'a w towarzystwie okrągłej szarlotki




Trochę zakrawa to na głupotę pisać na stronach internetowych o lękach związanych z powieścią D. Eggers'a "Krąg", ale niech będzie. W końcu jestem kobietą, podobno nieobce nam jest: "myślę jedno, mówię drugie, robię trzecie -" jak głosi pewien profil na FB ;) . Wymieniona wcześniej książka była jednym z prezentów, jakie otrzymałam od męża pod choinką. W bardzo prostym języku rysuje świat, który już się nam zaczął Świat zdominowany przez jedną firmę, wnikającą w każdą szczelinę życia i tych którzy dobrowolnie na to się godzą i tych, oponujących. Świat, w którym codziennością jest stawianie sobie pytania, ile prywatności, ile prawa do tajemnicy chcemy zachować, a ile utracimy, choćby w imię bezpieczeństwa lub wygody. Każdy z nas sam musi odnaleźć swoją granicę. Przyznaję, że choć zdecydowałam się kilka miesięcy temu na prowadzenie bloga, czynności raczej odkrywającej świat osobisty, to wizja przedstawiona w "Kręgu" budzi mój sprzeciw i przerażenie. Mam nadzieję, że zatrzymamy się gdzieś pomiędzy. Nie chcę żyć pod okiem Wielkiego Brata. Po lekturze zastanawiałam się, czy nie powinnam zarzucić blogowania. Wtedy przypomniałam sobie jeszcze jeden zatrważający fakt, o którym nieczęsto myślimy. Większą część ludzkiej populacji na całym świecie żywi albo bardzo chce to robić, kilka wielkich światowych koncernów, swoimi wpływami sięgając nieomal wszędzie. Dlatego, jeżeli chociaż jedna osoba zachęcona blogiem "I tu będę miała takie te..." postanowi rozpocząć gotowanie, będę zaszczycona i uznam, że warto. Eggers pokazuje do czego może doprowadzić zatracenie na stronach portali społecznościowych, poddanie wygodzie i narastający ekshibicjonizm współczesnego społeczeństwa. Nie chcę opisywać książki. Pomyślcie, że może stać się początkiem ważnych przemyśleń i rozmów i sami po nią sięgnijcie.
Oczywiście jak zawsze zakończyć chcę kolejnym przepisem z zachętą do wypróbowania. Dziś na słodko. Jabłecznik, który w moim zeszycie z przepisami zatytułowany jest "Szybki placek z jabłkami". Robiłam go zwykle z mąką pszenną, ale teraz wypróbowałam orkiszową i polecam.

Należy przygotować:

- 4 jajka
- 1 szklankę cukru ( tu trzcinowy)
- 2 szklanki mąki jasnej (tu orkiszowa)
- 6 łyżek oleju
- 2 płaskie łyżeczki proszku
- 5-6 jabłek
- szczypta cynamonu
- trochę soku z cytryny
- łyżka rodzynek
- łyżka płatków migdałowych
- cukier puder do posypania


Umyte jajka rozbijam do misy miksera.


Ubijam na średnich obrotach stopniowo dodając cukier.



Kiedy uzyskam zadowalający jednolity kogiel-mogiel, powoli dolewam olej.


W czasie pracy robota obieram jabłka, usuwam gniazda nasienne, kroję na kostkę około 1 cm, lekko skrapiam sokiem cytryny i oprószam cynamonem.


Do słodkiej masy jajeczno-olejowej po łyżce dosypuję mąkę przesianą z proszkiem.


Oczywiście już dawno mam przygotowana blaszkę, tu 28 cm tortownica. Smaruję masłem i posypuję bułka. Robię to na samym początku, bo najbardziej tego nie lubię.


Ciasto jest gotowe, kiedy przyjmie całą mąkę i będzie porządnie wymieszane.


Około połowy ciasta wylewam na środek dna, lekko rozprowadzam, nie musi sięgać po brzegi.


Wykładam wszystkie cząstki przygotowanych jabłek, posypuję rodzynkami.


Rozlewam zygzakami drugą część ciasta, na wierzch rzucam trochę płatków migdałowych.



Wkładam do ROZGRZANEGO do 180 stopni piekarnika,


piekę do uzyskania złotego wierzchu, jakieś 40 minut.


Ciasto jest ciężkie,  raczej nie nadaje się do wyjęcia z blaszki, lekko studzę posypuję pudrem i zdejmuję brzeg tortownicy.
  

Taki krąg to ja rozumiem!


Jabłek jest sporo, więc lepiej wystudzić, żeby się nie poparzyć.



Wychodziliśmy kiedyś z mężem na koncert,  zostawiliśmy Chłopakom ten jabłecznik z pozwoleniem na konsumpcję, ale tego, że po powrocie zastaniemy ledwie dwa małe trójkąciki ciasta to się nie spodziewałam!


Aż się prosi o towarzystwo kawy lub szklanki mleka dla dzieci.


Smacznego!

#szarlotka #jabłecznik #ciastoorkiszowe #szybkieciasto #itbmtt









sobota, 7 maja 2016

Czy warto cierpieć dla miłości? - pomyślmy o tym i porozmawiajmy przy maślanych rogalikach


Ostatnie dni, nawet dla osób niezainteresowanych bezpośrednio, pełne są wiadomości dotyczących przebiegu tegorocznej matury. Radio głosi, jakie tematy przedłożono naszej prześwietnej młodzieży, jak sobie z nimi radzili  i takie podobne informacje. Polski podobno nie zaskoczył, podobno plotkowano na temat "Dziadów" na maturze i faktycznie były. Zagadnieniem przedstawionym tegorocznym maturzystom było pytanie, czy warto cierpieć dla miłości. Mam w tym roku okazję śledzić zmagania licealistów bardziej, ze względu na fakt, że dzieli je także moja chrześnica. Zdarzyło się, w ostatnich dniach memu Mężowi spotkać dawno niewidzianego kolegę, którego córka także pisała wzmiankowany wyżej temat. Okazało się, że podobnie, jak większość jej znajomych z klasy, broniła ona tezy, że absolutnie nie warto. Wiecie, jaki był komentarz mojego Męża? "Rafał, zginiemy, jak nic! " Zgadzam się. Zaskoczyło mnie to. W naszej grupie wiekowej większość opiewałaby wartość każdej miłości, również tej trudnej, budzącej cierpienia. Jak to się stało, że tak bardzo zmieniły się preferencje młodych ludzi na przestrzeni w końcu wcale nie tak wielu lat. Przykre to raczej. Z duszą na ramieniu dzwoniłam, aby dowiedzieć się, jak poszło mojej siostrzenicy, ale także by dowiedzieć się, jakie są jej poglądy. Ulga, Weronika, świeżo upieczona dyplomowana plastyczka, uważa, że miłość jest tak ogromną wartością, że warto dla niej, w jej obronie nawet pocierpieć. Uff... Aż mi łezka w oku stanęła z radości. I tak od kilku dni myślę nad tym, jakże inaczej patrzy na świat aktualna młodzież. Co im w duszach gra? Wciąż każe to wracać do trudnego obowiązku, obowiązku rodzica. W końcu "Takie będą Rzeczpospolite, jakie ich młodzieży chowanie". Temat tak zawiły i wielopoziomowy, że jednej niedzieli na rozebranie go nie starczy. Dumałam nad tym także przy szykowaniu rogalików dla mojej rodziny. A czasu jest sporo, bo to ciasto wymaga dość cierpliwego podejścia.

Przygotujcie:
- 490g maki pszennej 650g
-10g żytniej maki  typ 720
-180ml mleka
-120ml dobrze ciepłej wody
- 25g drożdży świeżych
- 30g cukru
- 2 płaskie łyżeczki soli
- 100g topionego masła
-1 jajko
- sezam, mak do posypania


Odmierzoną, przesianą mąkę przygotowuję w większej misce. Porządnie ciepłą wodę, około 50 stopni, łączę z mlekiem, może być z lodówki, oba płyny połączą się do uzyskania odpowiedniej temperatury.


W dołeczku mąki umieszczam pokruszone drożdże, dookoła sypię z jednej strony cukier, z drugiej sól. Rozcieram drożdże z mąką.


Powoli, stopniowo zaczynam łączyć z mlekiem i wodą,


kiedy wleję już cały płyn wyrabiam ciasto kilka minut


nie będzie jeszcze całkiem gładkie, kiedy dolewam  wystudzone płynne masło. Teraz wyrabiam ciasto do gładkości, jakieś 8 minut. Będzie plastyczne i elastyczne. Przykrywam teraz i w ciepłym miejscu pozwalam mu rosnąć do podwojenia objętości, mniej więcej 1,5 godziny.


Po tym czasie dzielę ciasto na stolnicy na dwie części. Jedną ponownie przykrywam.


Ciasto rozwałkowuję ma pół centymetra starając się jak najmniej podsypywać mąką, by zachować delikatność wypieku. Następnie kroję trójkąty, z których powstaną zawiniątka rogalików. U mnie będzie ich 16, mają wówczas około 18-22cm na dłuższej stronie.


Zwijam od strony podstawy trójkątów i układam na blaszkach z papierem do pieczenia. Przykrywam ściereczką na trzydziestominutową drzemkę do wzrostu.


W połowie wyrastania rozgrzewam piekarnik do 180 stopni. Krótko przed pieczeniem smaruję rogaliki roztrzepanym jajkiem i posypuję sezamem i makiem. Piekę równocześnie dwie blaszki. Po 10 minutach zamieniam je miejscami, górna ląduje na dolnej półce piekarnika i odwrotnie. Piekę oczywiście bez nawiewów.


Potem tylko chwilka na przestudzenie rogali i już można nakrywać do stołu śniadaniowego.


Smakują wybornie zarówno ze słodkimi dodatkami takimi jak dżemy lub wytrawnie z wędliną lub serami.


Rogaliki przyjemnie szeleszczą w zębach skórką i pieszczą podniebienie miękkim wnętrzem. Jemy sobie i gadamy o tym i tamtym i patrząc na moje dzieci zastanawiam się, jakie oni mieliby zdanie na temat tegorocznego tematu maturalnego.

Smacznego!

#rogale #rogalemaslane #sniadanie #drozdzowe #rogaledrozdzowe #itbmtt







poniedziałek, 2 maja 2016

"Wsiąść do pociągu byle jakiego..." - mam pociąg do pieczenia; pizzugette/pizzeryjki, czyli wariacje na temat pizzy.



Kiedy byłam mała, kilka razy wyjeżdżałam z rodzicami i siostrą na wspólne wczasy. Niezależnie od kierunku i odległości jechaliśmy pociągami. Teraz patrząc na nasze przygotowania do wyjazdów, nawet tylko weekendowych, myślę z podziwem o mamie, która potrafiła zapakować naszą czwórkę na dwutygodniowe wczasy tylko w dwie, wcale nie największe walizki. To oczywiście zrozumiałe, jechaliśmy przecież najpierw niewielkim autobusem do dworca we Wrocławiu albo kilometr do najbliższej małej stacyjki kolejowej. Często musieliśmy  w podróży w błyskawicznym tempie przesiąść się z pociągu do innego. Tata dbał o bagaż większy, a mama zajmowała się podręcznym z przygotowanymi wiktuałami i pilnowała, abyśmy nie zgubiły się w wakacyjnym, nerwowo pędzącym z peronu na peron tłumie. Pociągi były często przepełnione, wyprawa wydawała się zawsze bardzo długa, niezależnie od tego, czy jechaliśmy w lubuskie, czy na Mazury, czyli bliżej lub dalej. Dziecko, jakim byłam, patrzyło na świat zza szyby mknącego ze stukotem kół pociągu zawsze jak na inną rzeczywistość. Inną, nieznaną, przez to ciekawszą, obcą, zawsze wartą oglądania. Może właśnie w związku z tymi rodzinnymi wczasami, tak bardzo lubię pociągi. Odkąd wszędzie jeździmy samochodami chyba nawet jeszcze większym sentymentem je darzę. Przenosi się to również na stacje kolejowe, ale raczej już tylko te małe, gdzie ławki gubią się często w zieleni, budynek stacji wygląda jak posterunek pilnujący porządku, a wokół roztacza się jakaś nieuchwytna aura równoczesnego spokoju i wyczekiwania. Moi synowie  nie znają magii, jaką jest daleka podróż pociągiem. Raz tylko jechali strasznym składem z Wrocławia do Śremu, nie było mnie wtedy z nimi, ale Mąż określił ten wyjazd, jako najgorszą reklamę PKP od lat. Szkoda. Nigdy nie będą wiedzieć, co można czuć siedząc na schodkach otwartego wagonu piętrowego, mijającego nocą Wolsztyn. Dla mnie spojrzenie w jakiś ciemny park/las? był przyczynkiem do budowania piętrowych historii o złym i dobrym kryjącym się w mroku gałęzi. Kocham pociągi! I chociaż oczywiście nie podróżowałam z rodziną pociągami o napędzie parowym, szczególnie podobają mi się właśnie parowozy. Kilka lat temu, odwiedzaliśmy już Muzeum Kolejnictwa w Kościerzynie na Kaszubach. Wydaje mi się, że wówczas byli bardziej zainteresowani wszystkim dookoła. Może zresztą spokój, brak innych zwiedzających, tak im się podobał. Dość powiedzieć, że wczorajsza wycieczka do Muzeum w Jaworzynie Śląskiej nie zachwyciła ich jakoś specjalnie. W sumie najwięcej radości mieliśmy chyba w wesołym samochodzie, całą drogę okraszoną ochrypłymi śpiewami Starszego z tekstami wymyślanymi ad hoc. No głupawka na całego.
Mnie jednak cieszyły stare, poczerniałe dymem i smarami pojazdy, kojarzą mi się nieodmiennie magicznie, jak obietnica czegoś wspaniałego, co nadjedzie wraz z gwizdem lokomotywy.
Mało prawdopodobne, by podobne tajemnicze nastroje kiełkowały w Chłopakach pod wpływem spojrzenia na historię automobli.
Oby chociaż wspominali z radością nasze rodzinne wycieczki i wakacje.   Najczęściej wybierając się na krótkie jednodniowe eskapady przygotowujemy sobie niekłopotliwy prowiant, który pozwoli nam pozostawać dalej od cywilizacji. Tym razem przygotowałam zainspirowane "internetami" pizzugi (mariaż pizzy z maczugą), to znaczy ukryte w cieście drożdżowym, nadającym się także na tradycyjna pizzę, tradycyjne dodatki jak salami, sos pomidorowy i ser. Oczywiście miała być mozzarella, ale złe Tesco 30 kwietnia ulokowało na swoich półkach paczkę z datą 14.04, a zadumany Mąż nie zauważył, chwycił i skończyło się na goudzie, na szczęście obecnej w domu. Trochę gorzej przez to się zwijało, powinnam ją zetrzeć, ale kostki też mogą być.

Najpierw trzeba zająć się ciastem. Biorę:
- 600g mąki pszennej  typ 650
- 32g świeżych drożdży
- 1 łyżeczkę cukru
- 2 płaskie łyżeczki soli
-350g ciepłej wody
- 3-4 łyżki oliwy
- 1 jajko


Przesiewam mąkę do naczynia słusznej wielkości. W małej miseczce umieszczam rozdrobione drożdże.


Dodaję do nich cukier


i łyżeczkę mąki (z odmierzonej całości)


ze dwie łyżeczki wody


mieszam na pastę, oprószam odrobiną mąki i w cieple odstawiam na 15 minut


po tym czasie już obudzone drożdże umieszczam w dołeczku mąki, lekko mieszam na razie sam środek, powoli dolewam wodę i zagniatam około 8 minut ciasto do uzyskania jednolitej masy. Łączę z oliwą, zagniatam chwilę


formuję kulę, jeszcze odrobinkę wygładzam dłonią z odrobiną oliwy. Przykrywam i odstawiam w cieple, na przykład w okolice kuchenki, na której gotuję właśnie zupę. 


Ciasto rośnie sobie minimum godzinę, najlepiej półtorej. Spektakularnie wypełni naczynie.


Przekładam je wówczas na omączony blat i dzielę na 8 części


ciasto jest bardzo wdzięczne do pracy, bez udziału wałka rozciągam je dłońmi nadając kształt pasów o szerokości około 10cm i długości około 40


Rozprowadzam na nich dowolny sos pomidorowy,


dachówkowo układam salami


następnie ser - najlepiej mozzarellę w plastrach, u nas wersja z goudą


następnie zlepiam brzegi ciasta ze sobą, zamykając wewnątrz nadzienie



Zawijać można dowolnie, u nas świderkowa maczuga. Przykrywam ściereczką na około pół godziny


Smaruję roztrzepanym jajkiem i posypuję odrobinkę grubą solą i ziołami
(tymianek i oregano)


Jeżeli nie możecie od razu piec pizzeryjek, można je okryć i na czas do kilku godzin umieścić w lodówce. Piekę 30 minut, wkładam do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni, ale kiedy skończy się czas pozostawicie 10 minut w stygnącym piekarniku. Staną się bardziej chrupiące. Studzę na kratce.



Smakują bardzo pysznie cieplutkie, ale jedzone na wycieczce już całkiem wystudzone są także warte spróbowania.

My się raczymy takimi specjałami. A ja i tak będę zawsze wspominać kanapki, które mama zabierała w podróż. Kiedy tylko lokowaliśmy się w przedziale pociągu dalekobieżnego, moja siostra przytulała głowę do zasłonki z nadrukiem PKP i po chwili drzemała, a ja nieodmiennie dopomniałam się poczęstunku. Kompletnie nieważne było, że krótko przed początkiem podróży wszyscy jedliśmy porządny posiłek. Ja w podróży byłam głodomorem, siostra  śpiochem. Jakie piękne były tamte czasy!
A w Jaworzynie Śląskiej przy bramie wejściowej stoi piękna ciuchcia lekko zbliżona wyglądem do tej, którą profesor z "Powrotu do przyszłości" uruchomił, by przemierzać dowolnie czas. Szkoda, że jej nie umiem w tym celu uruchomić.

#pizza #pizzazawijana #drożdżowe