Moje przepisy

sobota, 29 sierpnia 2020

Malinowa rozkosz zwana też chmurką


Aktualnie trwający rok jest jaskrawą ilustracją chińskiego porzekadła: Obyś żył w ciekawych czasach. Nie jest to bynajmniej życzenie. To rodzaj klątwy, a 2020 w wielu aspektach pokazuje oblicze mało nam przyjazne. Rozmawiając z właścicielami różnego rodzaju ogrodów, dowiedziałam się, że w uprawach też nie jest najlepiej. Pomidory atakują choroby, ogórki rosły pękate i gąbczaste, cukinia nie zawiązuje owoców. No istna zgroza. Jednak jest roślina, która nie poszła tą drogą. To maliny. Te zachowują się wzorcowo, owoce są duże, słodkie i bogato obsypują gałązki. Tak jest i w naszym ogrodzie. To cieszy. Po zaspokojeniu pierwszego malinowego głodu świeżutkimi owocami prosto z krzaczka, zaczęliśmy myśleć o zapasach na zimę. Najczęściej robię maliny tylko zagotowane z cukrem i zimową porą dodajemy je do herbaty. Taka profilaktyka antyprzeziębieniowa. Nadają się również do gotowanej na mleku kaszy manny lub ryżu, takie ciepłe śniadanie albo podwieczorek.
Jednak póki jest czas na świeżutkie owoce choć raz musi pojawić się na naszym stole deser doskonały: malinowa rozkosz, czyli ciasto składające się z kilku warstw, a razem stanowią one cudowną kombinację smaków kwaśnych i słodkich. Jest tu kruchy spód, maliny otulone galaretką, delikatny kremem śmietankowy i królewska korona z bezy. Jestem przekonana, że kto choć raz przygotuje malinową chmurkę, powtarzać to będzie niejednokrotnie.
Większość obecnych w sieci przepisów jest przeznaczona na niewielkie formy. Moja jest na dużą 23x38. Akurat na przeciętną rodzinną okazję się nada doskonale.

Potrzebne składniki:
Na kruchy spód:
- 280g mąki tortowej
- 140g masła
- 40g cukru pudru
- 1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
- 1 łyżeczka esencji waniliowej
- 3 żółtka
Na krem:
- 500g śmietanki 30% lub 36%
- 250g sera mascarpone
- 3 łyżki cukru pudru
- 1 łyżeczka esencji waniliowej
Na galaretkę:
- 700g malin świeżych(ew. mrożone)
- 3 galaretki malinowe
- 900ml gorącej wody
Na bezę:
- 6 białek
- 250g cukru drobnego
- sok z połowy limonki(ew.cytryny)
- 1 łyżka mąki ziemniaczanej (można pominąć)
- 50g płatków migdałowych

Bezę i kruche  można zrobić dzień przed składaniem ciasta w całość.
A idzie to tak.



Wszystkie składniki można wyrobić na ciasto robotem lub na blacie. Gdy są już jednolitą masą, którą można uformować w kulę, wkładam na minimum pół godziny do lodówki. 


Po schłodzeniu ciasta kroję je na plasterki, wykładam nimi wyłożoną papierem blachę i łączę poszczególne łaty, na koniec wyrownuję, można tu użyć małego wałka. Oczywiście można też całe ciasto wałkować i przenieść do formy. Ponakłuwać widelcem, znowu schłodzić 30 minut  i włożyć do rozgrzanego piekarnika. Piec 10 minut w 190 stopniach. Trzeba pilnować, aby upiekło się na złoty kolor, szybko się przypala. 


Gdy spód bezpiecznie stygnie, można zająć się malinami. Umyte odsączyć na papierze kuchennym, galaretki wrzucić do gorącej wody i energicznie mieszając rozpuścić całkowicie. Galaretkę z malinami połączyć dopiero, kiedy będzie już tylko lekko ciepła, chyba że maliny są mrożone, wtedy można szybciej dodać je bez rozmnażania oczywiście. 


Do zrobienia bezy przyda się szybkoobrotowy mikser. Wszystkie białka od razu na najwyższych obrotach ubijamy na sztywno, pod koniec powoli łączę z nimi cukier, łyżka za łyżką. Gdy błyszczą i są stabilne dodaję sok z limonki i mąkę. Kilka obrotów i koniec.



Na dużej, płaskiej blasze odwróconej dnem do góry rysuję ołówkiem prostokąt odpowiadający wielkością górnym brzegiem blaszki, w której stygnie kruchy placek. 



Wykładam bezę, wyrównanuję, ale niezbyt płasko, niech będą tu rożne obłoczkowe kształty. Posypuję płatkami migdałowymi i od razu wkładam do piekarnika. Musi być już w temperaturze 150 stopni. Po 10 minutach zmniejszam do 130 i piekę następne 30 minut. Potem jeszcze 20 minut w  100 stopniach. Beza powinna zachować jak najbielszy kolor, dlatego cały czas musi być kontrolowana. Będzie wówczas chrupiąca na zewnątrz, a delikatniejsza, ale już dopieczona w środku. Najlepiej upiec bezę dzień wcześniej i pozwolić jej wystygnać w lekko uchylonym piekarniku.  



Drugim ważnym elementem jest dopilnowanie galaretki. Gdy będzie w pokojowej temperaturze, włożyć ją do lodówki i często sprawdzać, czy już zaczęła się ścinać. Za bardzo gęstą nie da się już ładnie rozłożyć na cieście. Za bardzo płynna z kolei wsiąknie w placek i straci on kruchość. Będzie smacznie, ale mniej zróżnicowana będzie struktura całości. 



Krem natomiast trzeba przygotować przed samym składaniem ciasta. Dlatego robię to wtedy, gdy maliny w galaretce zwiążą się już całkowicie w lodówce. Krem musi być ubijany z bardzo mocno schłodzonych składników. Umieszczam śmietankę i rozdrobnione mascarpone w misce robota i  ubijam na najwyższych obrotach, krótko, żeby nie zważyć śmietany, o co przy upałach nietrudno. Do już gęstego kremu dodaję przesiany cukier i wanilię. I ostatnie kilka obrotów, już mogą być wolniejsze.



Gotowy krem rozprowadzam równomiernie na malinowej warstwie.


A całość dzieła więczy bezowa korona, w której wyraźnie zaznaczają się lekko podprażone migdałowe płatki. W większości receptur malinowej chmurki beza jest cieńsze, z tej liczby białek, która wynika z ilości żółtek zużytych do kruchego placka. Ja jednak, jako miłośniczka wyraźnej obecności bezy gdzie tylko się da, wolę grubszą jej warstwę. Żółtka zawsze przecież można wykorzystać, choćby do jajecznicy, drożdżowego czy zwyczajnie zamrozić.   


I tak oto powstaje jedna z przyjemniejszych kompozycji smakowych jaka gości latem na naszym stole. Rozkosz grzechu łakomstwa warta, mówię Wam.


Serdecznie zachęcam do wypróbowania i pamiętajcie, porcja z tego przepisu to blachą zacnej wielkość. Do cioci na imienin jak znalazł. W tym wyjątkowo trudnym roku zasługujemy na porządną porcję deserowej rozpusty. Nie żałujcie sobie. 

Zapraszam, a i jeśli już tu wpadłeś, przywitaj się może że mną w komentarzu.   



#duzamalinowachmurka #malinowachmurka #malinowarozkosz #nakruchymspodzie #ciastonaniedziele #itbmtt

wtorek, 25 sierpnia 2020

Chleb pełnoziarnisty ziarnami na zakwasie


Jest już ciemna noc, która wydaje mi się nadchodzić każdego dnia  coraz szybciej. Jeszcze niedawno nawet sporo po 21 godzinie było jasno i dopiero rzut oka na zegarek pozwalał upewnić się, że pora jest mocno wieczorna. Tymczasem dziś przekonana byłam, że musi być dużo później, gdy okazało się, że ledwie 20 wybiła. Już za dni kilka koniec wakacji. Nikt nie jest pewien,  jak będzie wyglądał tegoroczny wrzesień, ale są pewne elementy życia domowego, które są absolutnie niezmienne. Kiedy dzieci są w domu, jedzą. Moi synowie jedzą chętnie i raczej dużo. To dotyczy także chleba. Starszy jest takim miłośnikiem domowego pieczywa, że czasem tradycyjny bochenek nazywa dwoma piętkami, przekonując , że wystarczy przekroić go w połowie na pół i już.  W sam raz piętka dla mojego żarłoka. 
Toteż kiedy wrócili po tygodniu u dziadków, spałaszowali szybko końcówkę żytniego chleba,  który piekłam parę dni temu i trzeba pomyśleć o nowym. Przewidziałam to wcześniej i już rano aktywowałam mój niezawodny zakwas żytni, aby był gotowy do wieczornego pieczenia chleba.

Niech to będzie zdrowy, pełnoziarnisty chleb urozmaicony ziarnami. U mnie dziś ze słonecznikiem, ale w przypadku wypieków z ziarnami z reguły można kombinować z dowolnymi.
Czas przygotowania chleba jest wydłużony, jeżeli ma być na zakwasie. We wcześniejszym poście pisałam już, jak zabrać się za przygotowanie zakwasu i jak go później budzić w razie potrzebny. Zakwas w ilości potrzebnej do receptury aktywuję około 12 godzin przed przygotowaniem chleba.

Potrzebne są:
- około 200g aktywnego zakwasu
- 250g mąki żytniej typ 2000
- 250g mąki pszennej typ 1850 (graham)
- 2 łyżeczki soli 
- 1 łyżka miodu
- 50g ziaren słonecznika
- około 400g ciepłej wody


Samo wykonanie chleba jest już niezwykle proste. Wszystkie składniki umieszczam w misce i powoli wlewam wodę, mieszając do połączenia. 


To w zasadzie przepis na pełnoziarnisty chleb, więc można mąkę graham zastąpić inną pszenną pełnoziarnistą. Masę przyszłego chleba trzeba tylko wymieszać i dopilnować, by nigdzie nie pozostała sypkie, suche miejsca. 


Około 35 centymetrową keksówkę wykładam papierem do pieczenia i wykładam od razu wymieszane ciasto, wyrównując całość przyciskam tak, by usunąć puste przestrzenie. Dodatkowo wygładzam powierzchnię grzbietem łyżki moczonej w ciepłej wodzie. Posypuję ziarnami, delikatnie je dociskam, naprawdę delikatnie. Teraz forma wędruje do torby termicznej i chleb rośnie przez 3 lub 4 godziny. 


Gdy wyraźnie podrośnie rozgrzewam do 230 stopni piekarnik. Piekę 30 minut i zmniejszam do 190 dopiekając kolejne 15 do 20 minut. 


Upieczony chleb powinien przy pukaniu w jego spód wydawać dosyć głuchy dźwięk. Studzę chleb zawsze na kratce. I to koniec, gotowe, zdrowe, swojskie i w sumie proste.


Chleb na zakwasie jest zdecydowanie dłużej świeży niż pieczony na drożdżach. Najlepiej przechowuje się zawinięty po prostu w bawełnianą ściereczkę. 


Smacznego życzę wszystkim domowym piekarzom :)

#chlebzeslonecznikiem #chlebnazakwasie #zakwaszytni #razowynazakwasie #pelnoziarnistyzziarnami #itbmtt


sobota, 22 sierpnia 2020

Chłodnik buraczkowy na przekór upałom



Wiem, że chłodniki nie są darzone powszechną miłością i przyznam, że dziwi mnie to zawsze mocno, szczególnie w takie dni, jak ostatnie. Codziennie możemy poczuć się nieomal, jak południowcy. Każdy dzień już od poranka otula gorącym płaszczem suchego powietrza i nijak nie można go z siebie zrzucić. Bieżący sierpień jest wyjątkowo upalny, dlatego na naszym stole często zamiast tradycyjnej gotowanej zupy ląduje mocno chłodzący chłodnik. Najbardziej smakuje po odpowiednio długim czasie w lodówce, kiedy wszystkie połączone składniki harmonijnie przenikają się swoimi  smakami, tworząc finalnie nową jakość. Przy okazji serwowania chłodnika podzielę się z Wami naszą domową anegdotą, opartą na zdarzeniu sprzed około 2 lat. Pewnego wakacyjnego popołudnia wróciwszy z pracy zastałam w domu bałagan, który otaczał oczywiście moje dwa ukochane parazyty. Zdenerwowana nawyrzekałam na nich, ich lenistwo i brak jakiejkolwiek zaangażowania w domowe sprawy. Wśród innych słów padła też myśl, że mogliby choćby zainteresować się obiadem odgrzewając na przykład zupę dla rodziny. Wiedzą przecież, o której wracamy. 
Tego dnia wieczorem przygotowałam jak zawsze zupę na kolejny dzień, a że dni były bardzo gorące przygotowałam chłodnik. Kolejnego dnia cieszyłam się na nadchodzącą porcję przepysznej ochłody wracając już do domu. Tymczasem po awanturze dnia poprzedzającego zastałam chłopców w całkiem znośnym porządku, a starszy syn pełen dumy obwieścił, że nie tylko posprzątali, ale nawet zupę już grzeje i zaraz będzie można jeść. Fakt, że wieczorem przy kolacji rozmawialiśmy o chłodniczku, który zaplanowałam nie miał znaczenia . Po prostu synka takie błahe sprawy nigdy nie zaprzątały zbyt długo. Jemu zdarza się wychodzić z jednego pokoju do drugiego i nagle wracać, bo już nie pamięta, po co wychodził i nieważne, czy był powodowany czynnikiem zewnętrznym czy własną myślą. Zapomniał. Toteż owego dnia mój zakręcony synek przepięknie zwarzył nam chłodnik ogórkowy,  nadawał się tylko do wyrzucenia. Szkoda. 
Tymczasem dziś mam propozycję opartą na młodych buraczkach czerwonych.

Na 4 do 5 porcji podzielcie składniki na pół, ja zawsze przygotowuję ilość wystarczającą na dwa dni, dlatego użyłam:

- 3 butelki kefiru naturalnego 400g
- 1 duży kubek jogurtu naturalnego 
- 130ml koncentratu buraczkowego Krakusa
- 1 pęczek młodych buraczków 
- 2 średnie ogórki 
- pęczek zielonego  koperku
- sól i pieprz 


Na początek posiekane buraczki, korzeń w kostkę i wszystkie liście siekam dość drobno. Gotuję potem do miękkości w leciutko posolonej wodzie, niedużo wody, ledwie do zakrycia ćwikły.


Potem studzę, a w międzyczasie przygotowuję resztę, ogórki kroję w drobne słupki lub kostkę, koperek bez grubych łodyg siekam także. Jeżeli ogórek ma przerośnięte 


Potem wystarczy już tylko w odpowiedniej wielkości naczyniu połączyć kefir, jogurt, wystudzone całkowicie buraczki, ogórki, koperek i koncentrat.  


Dobrze wymieszać, posolić i popieprzyć do smaku i na chociaż godzinę odstawić do lodówki. Taki buraczkowy chłodnik najczęściej jemy jednego dnia z młodymi gotowanymi ziemniakami, a kolejnego z gotowanym jajkiem.


W obu wersjach sprawdza się doskonale, kiedy ciało z rozkoszą przyjmuje każdą formę chłodzenia. 


Serdecznie polecam i zachęcam, tak gorąco jak tego lata, spróbujcie i zostawcie ślad Waszej lektury tego postu.


#chlodnikbocwinkowy #chlodnik #letniazupa #chlodnikburaczkowy #letniobiad #itbmtt


niedziela, 16 sierpnia 2020

Cytrynowe pyszności w postaci cytrynowej babki z budyniowym kremem i cytrynowym lukrem






Niedawno wyrwało mi, że przyjmuję zamówienia na niedzielne ciasto. Pierwszy zgłosił się Mareczek i powiedział, że chcę coś mocno cytrynowego. Pierwsze, co mi przyszło do głowy to oczywiście bezowy  torcik z lemon curdem, ale niestety młody nie lubi bezy. Zaproponowałam mu cytrynową babkę, ale okazało się, że myślał o czymś z kremem. Tym sposobem po krótkim namyśle i konsultacjach rodzinnych zdecydowałam się na proste ciasto ucierane, przykryte waniliowym kremem budyniowym, a dodatkowo zamknięte warstwą zwykłych herbatników i mocno cytrynowego lukru. Wyszło całkiem udane ciasto. Po nocy w lodówce kroiłam je dokładnie po linii ciastek i poszczególne kawałki wyglądały trochę jak deserowa kanapka, łatwa do konsumpcji nawet bez talerzy. Jak przy większości warstwowych wyrobów jest tu trochę zachodu, ale bez przesady, moim zdaniem, przy dobrze zaplanowanych działaniach wszystko pójdzie całkiem sprawnie.

Potrzeba na nie:
Na ciasto:
- 5 dużych jajek
- 160g drobnego cukru
- 200g masła lub margaryny do pieczenia
- 160g mąki pszennej
- 1 kisiel cytrynowy
- 2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
- sok wyciśnięty z 1 dużej cytryny
- skórka otarta z 2 cytryn

Na krem:
- 1 budyń waniliowy z cukrem
- 380ml mleka
- 200g miękkiego masła

Na lukier:
- sok z dużej cytryny 
- ok. 1 szklanka cukru pudru 

Dodatkowo: 3 lub 4 paczki herbatników typu petitki, papier do pieczenia.

Przed upieczeniem spodu ugotowałam budyń, zupełnie jak każe instrukcja na torebce, ale z mniejszą ilością mleka. Gotowy, ciepły budyń musi być dobrze wymieszany, żeby nie było żadnych grudek ani tym bardziej przypaleń. Trzeba teraz wystudzić budyń, ale aby nie zrobiła się na nim lekka skorupkowa warstwa najlepiej przykryć go spożywczą folią w taki sposób, że całkowicie przykleja się ją do powierzchni gorącego budyniu.


Potem umieściłam w misie miksera żółtka, cukier i masło w temperaturze pokojowej i utarłam do uzyskania gładkiej, jednolitej konsystencji. Potem łyżka za łyżką dodałam mąkę przesianą i wymieszaną z kisielem i proszkiem do pieczenia. Osobno ubiłam na sztywno białka i razem z sokiem cytrynowym na wolnych obrotach połączyłam z ciastem.


Ostatni dodatek to skórka cytrynowa. Gotowe ciasto wyłożyłam do dużej blaszki wyłożonej papierem do pieczenia i wyrównałam jego powierzchnię grzbietem łyżki. Wkładam do pieczenia do już rozgrzanego piekarnika i piekę około 30 minut w temperaturze 180 stopni.


Kiedy upieczone ciasto stygło, ja mogłam zająć się dokończeniem kremu. Jest bardzo prosty, miękkie masło utarłam po prostu mikserem, a następnie stopniowo dodając zimny budyń połączyłam oba składniki.



Gotowy równomiernie rozkładam na upieczony spód a potem układam jedną warstwę herbatników.



Ostatni szlif to mocno cytrynowy lukier. Tym razem powstał z utarcia na gładko soku z dużej cytryny ze stopniowo dodawanym cukrem pudrem. Najpierw kilka łyżek, po czym kolejne z obserwowaniem, kiedy uzyskamy odpowiednią gęstość lukru.



Gęstszy szybciej stwardnieje na ciastkach, choć trochę trudniej będzie go rozprowadzić po całości.



Ja gotowy placek schowałam na noc do lodówki, ale przed samym krojeniem i jedzeniem trochę przetrzymałam go na zewnątrz. Kroiłam po liniach między ciasteczkami uzyskując równiutkie porcje słodko-kwaśnej deserowej kanapki, całkiem wygodnej do jedzenia nawet bez widelczyka czy łyżeczki. 


Szczerze polecam wszystkim miłośnikom cytrynowych smaków.


















Smacznego!

#cytrynowyplacekzkremem #cytrynowababkazkremem #ciastonaniedziele #cytynowakanapka #itbmtt 




sobota, 11 lipca 2020

Odczarować zakwas


To jest Zdzichu. Zdzichu jest niezrównany, od pięciu lat z nami pod jednym dachem, jedyne, co ma ode mnie to nakaz pracy, którą cierpliwie i bez zarzutu wykonuje. Tak, Zdzichu to pracowity i wytrwały zakwas, żytni zakwas.
Pięć lat temu z powodu kłopotów ze zdrowiem utknęłam na parę miesięcy w domu. Z nadmiaru czasu zaczęłam zajmować się wypiekaniem domowego pieczywa. Początkowo tylko na drożdżach, ale wiedziałam, że trzeba spróbować w końcu zrobić zakwas. Szukałam wskazówek w różnych źródłach i nareszcie zdecydowałam, że od teorii pora przejść do praktyki. Nastawiłam od razu trzy rodzaje: żytni, pszenny i orkiszowy.
W większości źródeł piszą o przestrzeganiu sterylnych nieomal warunków przy hodowli zakwasu. Stosowaniu przegotowanej wody o idealnie ustalonej temperaturze i kilku innych prawie laboratoryjnych zasadach. Początkowo stosowałam je i ja. Wszystkie trzy zakwasy zadziałały. Jednak z czasem mimo przestrzegania wskazanych zasad straciłam Benka, był to zakwas orkiszowy. Pełnego dnia po prostu nabrał pleśniowego nalotu i musiał wylądować w śmieciach. Podobny los spotkał pszennego Gienka. I wiecie co? Zaczęłam myśleć o czasach naszych babek i jeszcze o wizycie w skansenie pod Karpaczem. Trafiliśmy tam kiedyś na dzień pieczenia chleba. Przed południem oglądaliśmy rosnące bochny i po południu wróciliśmy po gotowy prawdziwy chleb. Tamtejsi specjaliści robienie zakwasu przedstawili krótko: wymieszać razową mąkę żytnią z ciepłą wodą, bez ważenia, ot tak, by uzyskać konsystencję gęstej śmietany. Potem codziennie dodawać trochę mąki i ciepłej wody i mieszać. Trzymać w miarę ciepłym miejscu. Tylko tyle i aż tyle. Przecież w zamierzchłych czasach żadna gospodyni nie bawiła się w mierzenie temperatury wody ani ważenie co do grama mąki. Po prostu zostawiły na ściankach dzieży odrobinę masy ze zrobionego ciasta i pozwalały jej wyschnąć po to, by w kolejnym tygodniu stanowił zaczątek nowej fermentacji. I od lat podobnie postępujemy ze Zdzichem. Nie mam co prawda dzieży, ale po prostu wybierając wyrośnięty zakwas ze słoika, w którym pracuje, pozostałości rozprowadzam po ściankach, żeby szybciej się suszył i trzymam go w lodówce, kiedy przerwa w pieczeniu na zakwasie jest dłuższa. Dla bezpieczeństwa mam też proszek z zakwasu pozostawiony w papierowej saszetce, dosłownie łyżeczkę. Przygotowany w ten sposób, że dojrzały zakwas rozsmarowałam na papierze do pieczenia cieniutko i pozostawiłam do całkowitego wyschnięcia. Daje się potem wykruszyć całkiem pozbawiony wilgoci proszek i gdy czasem pozostawiony w lodówce zakwas nabiera podejrzanych kolorków, zawsze mogę sięgnąć po suchy zapas. To też świetny sposób na zakwas, kiedy się wyjeżdża na dłużej, czy nawet przeprowadza.



No dobra, ale jak do tego podejść od początku? 
Przyda się słoik, taki litrowy będzie w sam raz. W pierwszym dniu mieszamy w nim zbliżoną ilość mąki i ciepłej wody. Niech to będzie tak 50g wody na 50g mmąki .  Jeśli zakwas ma być żytni, to oczywiście żytniej, najlepiej takiej oznaczonej numerem 2000. Jednak częściej spotykana w prawie każdym sklepie żurkowa też się nada, ale taki zakwas dłużej będzie dojrzewać. 
Słoika nie wolno przykrwać szczelnie, najlepiej użyć papierowego ręcznika kuchennego i gumki.
Przez kilka kolejnych dni należy trzymać słoika w ciepłym miejscu i codziennie o mniej więcej tej samej porze dokarmiać, czyli dodawać 1 łyżkę mąki i 1 łyżkę wody. Dobrze mieszać. Ja używam wody prosto z kranu. Ma jakieś 40 stopni, tak mamy w domu ustawione.
Zakwas każdego dnia będzie produkował coraz więcej bąbelków powietrza. Zachodzi w nim proces naturalnej fermentacji, żytni nabiera z czasem mocniej kwaśnych walorów, zarówno zapachowych jak i smakowych. Po 5 dniach można próbować piec pierwszy chleb, można ewentualnie odrobinę suchych drożdży dodać. 
Od lat nie robię odrębnie różnych zakwasów. Żytni Zdzichu jest naszym stałym lokatorem, po prostu kiedy planuję delikatniejszy chleb na zakwasie pszennym czy orkiszowym wyjmuję słoik z lodówki, zdrapuję łyżką ścianki i gdy ogrzeje się w temperaturze pokojowej, dokarmiam go pożądaną mąką. Przykładowo, gdy w przepisie wymagane jest 200g zakwasu pszennego, dodaję około 110g wody i podobną ilość pszennej razowej mąki. Po około 8 godzinach mam pełen gotowości zakwas pszenny na bazie mego stareńkiego zakwasu żytniego. Potem znowu na ściankach zostaje warstewka zakwasu do wysuszenia. Dopiero przeschnięty w temperaturze pokojowej wędruje do lodówki albo może być ponownie dokarmiany.


Konkretnie wygląda to tak, na ściankach słoika widać zaschnięty stary zakwas, dodaję potrzebą porcję wody i mąki, odwróconą łyżką zeskrobuję okruszki i razem wszystko mieszam, by nie zostały suche miejsca. 


Teraz przykryty papierem słoik  wędruje w ciepłe miejsce i zostaje tam na jakieś 8 czy 12 godzin. W przypadku dojrzałej bazy zakwasowej wystarczy to do otrzymania porządnie pracującego zakwasu. Podniesienie swą objętość i nabierze specyficznego kwaskowego aromatu.


Tu widać pracę jaką Zdzichu wykonał w czasie, gdy my sobie smacznie śpimy. 

Zatem spróbujcie, zakwas to przyjaciel, nie srogi naukowiec, który wymaga aptekarskiej dokładności i nabożnego podejścia.
I jeszcze jedno, ja do swojego gadam. 

Myślę, że on to lubi ;)

A tu przykładowych chlebek na produkcji z powyższego zdjęcia. Miam, mniam :)


#jakzrobiczakwas #zakwasdochleba #przechowaniezakwasu #zakwasbeznapinki #zakwaszytni #zakwaschlebowy #niebojsiezakwasu #itbmtt